Słowiańskie komiksy – dobre, złe i niebrzydkie

Zajmuję się pisaniem powieści, ale przecież jestem również czytelnikiem i tak się składa, że historie lubię pochłaniać również gdy przyjmują formę komiksu. Dawno, dawno temu mieliśmy „Kajko i Kokosza”… Ale nie, może nie sięgajmy tak daleko. Chciałabym Wam przedstawić dziesiątkę nowszych tytułów, tak, powiedzmy, z ostatnich dwudziestu lat (nie, to niemożliwe, że rok dwutysięczny był już tak dawno! A jednak). Zaczynamy!

  1. Odmieniec. Trzy” – M. Gradowski i M. Oleksicki

Wydany w 2004 roku, kiedy o boomie na słowiańskie motywy nikt jeszcze nawet nie śnił, a nieliczni wplatający je w swą twórczość byli uznawani za niszę w niszy fantastyki. Opowieść o Odmieńcu, w swym klimacie i tematyce, przywodzi na myśl inspiracje “Wiedźminem”, choć tytułowy bohater nie włada mieczem, ani nie posiada żadnych modnych blizn. Jako syn mamuny jest uważany za potwora, swoimi czynami dowodzi jednak, że serce ma po właściwej stronie. Fabularnie dostajemy trzy odrębne historie, oparte na ludowych podaniach, a karty komiksu wypełniają piękne kadry, ludzka podłość i niełatwe wybory moralne. Żałuję, że nie powstało więcej części “Odmieńca”. Polecam, bo zajmuje specjalne miejsce w moim sercu, również dlatego, że i ja, w cyklu o Bratmile, mam swojego niedorosłego jeszcze mamuna.

“Odmieniec. Trzy” – M. Gradowski i M. Oleksicki

2. “Brom” – Unka Odya

Zakochałam się w tym komiksie. To zupełnie współczesna opowieść o nastolatkach, ich problemach, uczuciach, potrzebie akceptacji, poczuciu osamotnienia i inności. Jednocześnie jest to też historia pełna strzyg, wilkołaków… i więcej wymieniać nie będę, żeby nie psuć Wam zabawy, ale aż roi się od dziwności. Warstwa fabularno-grozowa pięknie się splata z warstwą obyczajową, przez co przywiązujemy się do postaci i mamy tę cudowną możliwość przejmowania się losami bohaterów, gdy stają oko w oko z problemem. Osiągnięcie tego przywiązania jest, według mnie, dużo trudniejsze w przypadku komiksu, niż w powieści czy serialu i wymaga wyczucia oraz wrażliwości autora. Kreska jest czytelna, wręcz prosta, ale w momentach, gdy Unka Odya pozwala sobie na odrobinę artyzmu widać, że na talencie jej nie zbywa. Powtarzam, jestem zachwycona “Bromem”, czekam na drugi tom! A osobne pochwały należą się wydawnictwu “23”. Format, papier, okładka, miękkość sprawiają, że pomimo grubości tomu, przyjemnie trzyma się go w dłoniach i nic nie zakłóca radości czytania.

“Brom” – Unka Odya

3. “Mieszko. Dziedzictwo” – Graphos

Śledziłam profil Graphosa w czasach, gdy tylko zapowiadał chęć wydania komiksu. Potem była zbiórka crowdfundingowa i wreszcie trafił do mnie pierwszy tom serii o Mieszku I. Wydanie jest piękne, papier dobry, kolory buhają nam w oczy z każdej niemal strony, żywe i dynamiczne. Są w tym tomie kadry, w które można się wpatrywać długi czas, sycąc oczy. Jedyną maleńką szpilką, jaką mogłabym wbić w “Mieszka” jest wizualne podobieństwo kilku postaci sprawiające, że momentami wracałam do przeczytanych już kadrów, próbując się nie pogubić w czasie bitwy czy bijatyki, czyli wtedy, gdy akcja pędzi i my również, automatycznie, czytamy w szybszym tempie. Może to być jednak kwestia indywidualna akurat mojego sposobu czytania, skupienia czy nawet spostrzegawczości, więc nie czepiajmy się więcej. Tu również czekam na kolejny tom, który powstaje znacznie szybciej, niż mój trzeci tom “Wilczej Doliny”, co jest bardzo pocieszające.

“Mieszko. Dziedzictwo” – Graphos

4. “Glinno” – Jacek Frąś

Lubicie dziwny niepokój filmów Davida Lyncha? Lubicie opowieści o zabitej dechami polskiej prowincji, gdzie pozorna sielskość kryje dziwne tajemnice? Komiks perkusisty “Cool Kids of Death” jest właśnie taki – piękny, złożony i nie do końca wytłumaczalny, ale pociągający. Nie znajdziecie tu może rusałek i prostych skojarzeń ze słowiańskością, ale sam klimat, potworność i groza są przesiąknięte… nami. Potwór też jest, ale to ten nastrój wydaje mi się najbardziej charakterystyczny i nasz. Kreska jest nieco groteskowa, postaci przerysowane, ale w dobry, pasujący do całości sposób. Technicznie jest bardzo interesująco. Po przeczytaniu opowieści wertowałam album w tył, przyglądałam się stronom i miałam w głowie jedną myśl: “Ależ to było dziwne. Popaprane i dziwne. Podobało mi się”.

“Glinno” – Jacek Frąś

5. “Kościsko” – KaeRel

Jeden z popularniejszych twórców komiksów w naszym kraju i klasyk, jak idzie o motywy słowiańskie. Chyba każdy już zna dzieła Karola Kalinowskiego, a jeśli nie, to powinien szybko nadrobić. “Kościsko” jest moim ulubionym komiksem tego autora, jest także faworytem mojej córki, choć, gdy zakochała się w “Kościsku” w wieku ośmiu lat, zawiłe wytłumaczenie zawartej w fabule zagadki z pewnością przekraczało jej możliwości. Nie miało to jednak znaczenia, bo nie rozumiejąc jednego aspektu opowieści wciąż miała ogromną frajdę z całej reszty. Kościsko pokochać można za słowiańskie stwory, za zagadkę, za prostą, ale urzekającą płynnością kreskę, nawet za niecodzienny, kwadratowy format książki. Ja na przykład najbardziej uwielbiam poczucie humoru KaeRela, które dość trudnej opowieści dodaje lekkości i słodyczy. Wbrew pozorom, to nie jest łatwy komiks. Ale ta spodnia warstwa, ta skryta pod zabawnymi dialogami, okrągłymi buźkami bohaterów i uroczymi w swej słowiańskości stworzeniami głębia, jest właśnie tym, co czyni “Kościsko” tak wyjątkowym, najlepszym komiksem Kaerela.

“Kościsko” – KaeRel

6. “Łauma” – KaeRel

Ten sam autor, ale kreska jakby inna 🙂 Poczucie humoru na szczęście to samo. Znów mamy też nietypowy format książki oraz zaczerpnięcie inspiracji z podań ludowych i bestiariusza słowiańskiego. Mało tego, gościnnie wystąpią nawet bogowie! “Łauma” jest urocza, jest interesująca i aż się prosi, żeby przełożyć ją na medium, w którym użyta w finale piosenka “Always On My Mind” będzie mogła wybrzmieć nie tylko w naszych głowach. Nic dziwnego, że komiks trafił na deski Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, zgarniając same pozytywne recenzje. Wracając jednak do piosenki, jest ona, według mnie, czymś co dzieciakom obniża poziom radochy z czytania „Łaumy”. Każdy dorosły zna “Always On My Mind”, głównie poprzez wykonanie Elvisa Presleya, natomiast mało który dzieciak jest obeznany z klasyką już w wieku kilku-kilkunastu lat. Przyznaję, śpiewałam córce, żeby lepiej mogła wyobrazić sobie scenę w komiksie. Potem, na szczęście, uświadomiłam sobie, że lepiej wyjąć telefon i puścić You Tube. Może należałoby umieścić w książce adnotację: Przed przeczytaniem posłuchaj „Always on my mind” 😉

“Łauma” – KaeRel

7. “Borka i Sambor” – Karol Kalinowski i Elżbieta Żukowska

Seria, która liczy sobie w tej chwili trzy tomy, została wydana przez Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, co samo w sobie jest bardzo ciekawym wydarzeniem. Każdy z zeszytów stanowi odrębną opowieść, a każda z nich jest wariacją na temat jednej z polskich legend. Niby wszystko jest na swoim miejscu, jest nawet soczysty kolor i duży format, ale jednak ani mnie, ani mojej córki te komiksy nie oczarowały tak, jak solowe, autorskie dzieła KaeRela. Może brak tu jego abstrakcyjnego postrzegania świata? Głowię się nad tym i sama nie wiem, dlaczego „Borka i Sambor” nie podbili naszych serc. Niemniej jednak fajnie, że są, i ogromne brawa dla muzeum za taką działalność propagatorską!

“Borka i Sambor” – Karol Kalinowski i Elżbieta Żukowska

8. “Przeklęta puszcza 1280” – Mariusz Moroz

Skaczemy do trzynastego wieku. Rycerze-zakonnicy, mieczem chrystianizujący północną Europę, zmierzą się z nadprzyrodzonymi siłami Przeklętej Puszczy. Komiks mało znany, z przyjemnym klimatem i opowieścią pełną rusałek, topielców i wilkołaków. Dostanie się panom rycerzom, dostanie… Album stanowi zamkniętą całość, w kresce jest dość old-schoolowy, momentami nieco chaotyczny, ale czytelny. Fabularnie wydał mi się jednak wtórny, nie dane mi było również poczuć nawet najmniejszego drżenia serca o los bohaterów. Od początku ich nie lubiłam, nie przywiązałam się do nich. “Przeklęta puszcza” stoi na regale wśród innych komiksów, jednak wątpliwe, żebym sięgnęła po nią ponownie, bo wspominam ją jako poprawną, ale nie wywołującą ani przejęcia, ani zachwytu. Ot, kolejna pozycja na rynku słowiańskich motywów.

“Przeklęta puszcza 1280” – Mariusz Moroz

9. “Peruńska wataha” – Bartosz Sztybor, Arkadiusz Klimek

A to jest dziwny komiks. Wygląda trochę, jakby autor dopiero rozpościerał skrzydła, rozrysowywał się, tworzył postaci i próbował różnych rzeczy. W efekcie przeczytałam coś, co zawierało bardzo mało sensu, ale za to pokazało cycki. Taki instagram wśród komiksów.  Niestety “wataha” pozostawiła posmak straconego czasu i pieniędzy.

“Peruńska wataha” – Bartosz Sztybor, Arkadiusz Klimek

10. “Mikoszka. Tam gdzie bies z lichem harcuje” – Marcin Wiechno

Ten z kolei komiks pozostawił mnie z uczuciem obrzydzenia i choć wiem, że istnieją dalsze części, z pewnością po nie nie sięgnę. Opowieść o Mikoszce jest do bólu przaśna, wypełniona żartami o ruchaniu, sraniu i gwałtach, co być może spodoba się chłopcom, którzy udają bardziej doświadczonych, niż są w rzeczywistości, mnie jednak zdegustowało i zraziło do historii. Tym bardziej, że ani kreska nie urzeka, ani historia specjalnie nie wciąga. Coś tam jest, jakieś ziarenko mogło wykiełkować, zostało jednak zagłuszone wyciem świni obracanej w lesie przez wilkołaka, który to dowcip doprowadził mnie do łez… współczucia nad dojrzałością autora. Pruderią nie grzeszę, można się pośmiać w wszystkiego, wszak jesteśmy dorośli, ale wypadałoby mieć przy tym jakąś klasę, polot, cokolwiek!

“Mikoszka. Tam gdzie bies z lichem harcuje” – Marcin Wiechno

Żeby Was jednak nie zostawiać w tym niesmacznym momencie, dorzucam dwa bonusowe tytuły. Nie są słowiańskie, ale nawiązują do legend i baśni, a czynią to tak pięknie, że warto o nich wspomnieć.

  1. “Czerwone wilczątko” – Amélie Fléchais

To nie tylko piękna wizualnie wariacja na temat Czerwonego Kapturka. To jest opowieść, która ze strony na stronę staje się coraz głębsza, trudniejsza, mroczniejsza, a ostatecznie kończy się, zostawiając nas z głową pełną skłębionych myśli i dziwnym pieczeniem w sercu. Jestem oczarowana tym, jak zmianie fabuły towarzyszy zmiana ilustracji, ich kolorystyki, techniki czy klimatu. Niewielki album to prawdziwa wirtuozeria gry na naszych emocjach, zabawy schematami i odkrywania nieoczywistych prawd. “Czerwone wilczątko” wzrusza i boli. Tak, boli, kłuje szpilami, ale w ten słodki, ujmujący sposób, w jaki chcemy być szturchani szpilami przez piękne, mądre książki.

“Czerwone wilczątko” – Amélie Fléchais
“Czerwone wilczątko” – Amélie Fléchais

2. “Szczurołap” – Jay Asher, Jessica Freeburg

Znacie tę historię, prawda? Ten komiks przedstawi Wam opowieść o szczurołapie z Hameln, pogłębioną o kolejne warstwy. Czy szczurołap pojawił się, by pomóc, czy też najpierw zadbał o to, by nie zabrało mu pracy? Czy jego uczucia są szczere, gdy rozkochuje w sobie głuchą, uważaną za dziwaczkę dziewczynę, czy tylko chce wykorzystać jej naiwność? Kto jest zły w tej opowieści? A może wszyscy mają coś za uszami? Bardzo mi się podoba konstrukcja fabuły “Szczurłapa”, łącznie z dodanym wątkiem romantycznym. Graficznie jest to przejrzysta, ale urozmaicona opowieść, bywa dynamicznie, bywa słodko i wzruszająco. Świetna książka dla nastolatek, (moja córka prawie zaczytała nasz egzemplarz), ale i dla dorosłych. Nieodmiennie, legenda o szczurołapie ma dla mnie ten sam urok, a gdy podana jest w przepięknej, nowej formie, daję się porwać muzyce fletu.

“Szczurołap” – Jay Asher, Jessica Freeburg